Rozdział II: Żyły płucne

„W nieustającym szepcie wiatru żyły opowieści o tych, którzy przepadali i których już nigdy więcej nie widziano”

-Margit Sandemo

          

Po poniedziałkowych zajęciach Camille wróciła do domu. Weszła do swojego pokoju i odłożyła czarną, skórzaną torbę na fotel stojący przy drzwiach. Zmęczona położyła się na łóżku i zamknęła oczy.

            Przez cały weekend spała spokojnie. Tym razem też nie przyśnił jej się żaden koszmar. Odkąd zaczęła brać tabletki na uspokojenie, zniknął bez śladu. W sumie to nic jej się nie śniło. Spała tak mocno, że czasami trudno było ją dobudzić. Alprazolam i temazepam stanowiły jednak tymczasowe rozwiązanie jej problemu. Może nie była to długotrwała pomoc, ale jak na razie działała. 

            Kiedy się obudziła, na dworze panowała ciemność. Po powrocie zapomniała zamknąć okno, więc zimowe powietrze wypełniło jej pokój. Zadrżała, kiedy chłód przeszył jej ciało. Mała drzemka zmieniła się w sześciogodzinny sen. Zerwała się z łóżka, ale po chwili poczuła pulsujący ból w skroniach. Usiadła na podłodze, chowając głowę między kolana.

            ­­— Spokojnie, tylko spokojnie – szepnęła do siebie. 

            Odczekała chwilę, aż ból się zmniejszył, i tym razem spokojnie wstała. Zerknęła na zegarek. Za dwadzieścia minut dwudziesta. Przespała całe popołudnie, marnując czas, który planowała przeznaczyć na naukę do kolokwium. Czekała ją długa noc z historią medycyny. 

            Camille nigdy nie odpuszczała, mogło się palić i walić, a ona i tak robiła swoje. Tak było również w tym przypadku. Nieregularne godziny snu oraz zmęczenie nie stanęły jej na drodze do osiągnięcia swojego celu. W większości robiła to dla siebie, ale po części także dla swojego ojca. Od najmłodszych lat Thomas pokładał w niej całą swoją wiarę. Często powtarzał jej, że ma nadzieję, że pójdzie w jego ślady i pewnego dnia tak jak on będzie lekarzem sądowym. Jednak dziewczyny to nigdy nie interesowało. Jako dziecko marzyła, żeby zostać detektywem. Kiedy podrosła, chciała być podróżnikiem. Kiedy musiała dokonać wyboru, zdecydowała się na opcję, która mogłaby po prostu zadowolić ojca i uniknąć słuchania jego wyrzutów do końca życia. Kochała swojego tatę, ale również się go bała. Wiedziała, jak despotyczny i bezwzględny potrafił być. Strach przed jego furią zdeterminował życie Camille.

            Zeszła po schodach do kuchni. Zdziwiła się, gdy zorientowała się, że jej taty nie było jeszcze w domu. Na kuchennym stole leżała jednak zapisana przez niego kartka.

            „Kiedy przyszedłem do domu, spałaś. Mam ważne spotkanie, wrócę późno wieczorem.”

            Późnym wieczorem albo dopiero rano, pomyślała. Zresztą i tak nie chciałam spędzić z tobą dziś czasu, przecież widujemy się tak często…

Prawda była taka, że od śmierci matki dziewczyny zagubiony ojciec odsuwał się od swojego dziecka. Stał się bardziej wymagający, surowszy. Z dnia na dzień zaczął traktować swoją dziewczynkę jak zwykłego intruza. Nie wiedział, dlaczego tak się stało. Kochał ją, ale od śmierci żony nie potrafił już okazywać jej takiego uczucia, jakim była miłość. 

            Camille zrobiła sobie kawę i przyniosła notatki z pokoju. Usiadła wygodnie na kanapie w salonie i okryła się kocem. Włączyła telewizję i przeleciała po kilkunastu kanałach. Jej uwagę przyciągnął pasek informacyjny wyświetlany w jednym z programów, na którym właśnie leciały wiadomości. Ciała dwóch zamordowanych kobiet zostały odnalezione w lesie. Sprawca nadal pozostaje nieznany… Śledczy podejrzewają, że zbrodni dokonał ten sam człowiek, który jest odpowiedzialny za zabójstwo czterech poprzednich ofiar…

            Dziewczyna nie nadążała za przewijającymi się szybko napisami. Po chwili dała sobie spokój. Chciała poszperać w sieci w poszukiwaniu dodatkowych informacji na temat tych morderstw, jednak teraz nie miała na to teraz czasu. Wyłączyła więc telewizor i skupiła się na notatkach, które musiała przerobić do jutra. 

            — Noc jest długa — stwierdziła.

*                                                                    
     
            Znowu stoję w ogródku za domem. Pada deszcz, który obmywa moją twarz z łez. Patrzę na martwe ciało mojej ukochanej mamy. Przecieram oczy i w końcu mogę ruszyć się z miejsca. Niepewnym krokiem podchodzę do leżących przy kwiatach zwłok. Klękam, aby dotknąć mokrej od deszczu twarz kobiety, która była dla mnie wszystkim. Ponownie zanoszę się płaczem. Krzyczę, ale nikt nie słyszy rozpaczliwego wołania o pomoc, które wydobywa się z moich ust.

            Nie jestem świadoma, ile czasu wpatruję się już w bezwładnie leżące na trawie zwłoki. Mama nie żyje. Dopiero po chwili dochodzi do mnie, co się właśnie stało. Zaczynam panikować. Wstaję i biegnę do środka w poszukiwaniu taty. Wołam go, ale nie odpowiada. Dom jest pusty. Wybiegam na zewnątrz i biegnę przed siebie. Pukam do każdych drzwi, obok których przebiegam. Nikt nie otwiera. Ulice są puste. 

            Nie wiem, co się dzieje i przerażona wracam do domu. Kieruję się do ogrodu, ale zamieram w przejściu z pokoju na taras. Nie ma ciała. Nie ma ciała, a jedyne, co pozostało, to kałuża ciemnoczerwonej krwi. Czy to możliwe, że nie jestem tutaj sama? Zdesperowana i roztrzęsiona siadam na schodkach. Ukrywam twarz w dłoniach, a łzy znów zaczynają spływać po moich czerwonych policzkach. Nie mam pojęcia, co robić. Gdzie wszyscy zniknęli? Czemu nikt mi nie pomoże? 

            Ocieram oczy i siadam wyprostowana. Biorę głęboki oddech. Staram się ze wszystkich sił uspokoić i zacząć myśleć logicznie. W pewnym momencie kątem oka zauważam na swoim ramieniu czarną rękawiczkę. Ktoś trzyma mi rękę na ramieniu.

            Odwracam się i widzę czyjąś twarz. Nagle wszystko zaczyna się rozmazywać i po chwili jedyne, co widzę, to ciemność.

*

            Obudził ją telefon w środku nocy. Zdenerwowana snem dziewczyna po omacku odnalazła komórkę, potykając się ciągle o koc, którym była okryta. Zasnęła przy książce w salonie, więc nie miała okazji położyć się do łóżka. Odebrała.

            — Camille — usłyszała zdenerwowany żeński głos. — Jest u ciebie Jessica?        — Pani Cartner… — powiedziała roztrzęsiona. — Nie, nie ma jej u mnie. Nie rozmawiałyśmy od piątku. Dzisiaj… to znaczy wczoraj nie było jej na uczelni. Myślałam, że jest chora.

            — Czyli nie wiesz, gdzie ona jest?

            — Nie — zaprzeczyła dziewczyna.

            — Ona nie wie, gdzie jest Jessica — szepnęła do kogoś, najprawdopodobniej do męża, po czym znów zwróciła się do Camille: — Nie pisała do ciebie? Nie mówiła, że gdzieś wyjeżdża? Jesteś jej najlepszą przyjaciółką, na pewno nic ci wspominała o jakimś wyjściu, wyjeździe?

            — Hmm… — Camille nie odpowiedziała od razu. Szukała w pamięci jakiejkolwiek informacji, żeby pomóc zatroskanej matce. — Nie, nic nie mogę sobie przypomnieć. Nic nie planowała, przynajmniej o niczym mi nie mówiła. Kiedy ostatni raz ją widziałam, jadła lunch ze znajomymi. Powiedziałyśmy sobie krótkie „do zobaczenia” i tyle — urwała i po chwili dodała: — A czy coś się stało?

— Wiesz, Jessica nie wróciła od piątku do domu. — Głos kobiety załamywał się co chwilę. — Byliśmy z mężem na wyjeździe. W gruncie rzeczy nie wiemy dokładnie, czy była w domu w weekend, bo wróciliśmy dopiero dzisiaj wieczorem, ale ostatnia wiadomość… Jest z piątku. — Panika w jej głosie rosła z sekundy na sekundę. — Dobrze, w takim razie przepraszam, że cię obudziłam. Myślałam, że jest u ciebie. 

            — Nic się nie stało.

            — Dziękuje i dobranoc.

            — Pani Cartner? — zapytała Camille, zanim kobieta zdążyła się rozłączyć.

            — Tak?

            — Jeśli Jessica wróci do domu, da mi pani znać? 

            — Tak, oczywiście. Do widzenia. — Odłożyła słuchawkę.

            Camille wyłączyła telefon i położyła na szufladzie. Starała się uspokoić myśli po niepokojącym śnie i równie dziwnej rozmowie. Czuła mętlik w głowie. Wróciła na kanapę i włączyła stojącego na stoliku przy kanapie laptopa. W jej głowie pojawił się czarny scenariusz. Poczekała, aż wszystko się załaduje. Wpisała hasło „najnowsze wiadomości”. Wynik wyszukiwania pojawił się po zaledwie sekundzie. Dziewczyna kliknęła w pierwszy link i zaczęła czytać.

            Już po chwili wiedziała, że wszystkie morderstwa, o których usłyszała dzisiaj w telewizji, były prawie identyczne. Morderca dokonał łącznie sześciu zabójstw w przeciągu ostatnich trzech miesięcy. Cztery pierwsze ofiary – trzy kobiety i jednego mężczyznę – znaleziono w tym samym lesie co dwie później zamordowane dziewczyny. Wiek pierwszych zabitych wynosił powyżej trzydziestego roku życia. Najnowsze ofiary były w wieku Camille. Morderca zabijał wszystkie tak samo – poprzez uduszenie, zaskakujące więc było, że ofiary miały wycięte wątroby, serca, niektóre z nich – płuca, nogę lub rękę. 

            — O Boże…

            Dziewczyna przeczytała jeszcze, że najnowsze ciała nie zostały jeszcze rozpoznane. Policja miała ogłosić w przeciągu tygodnia, kto padł ofiarą tej „niehumanitarnej i brutalnej” zbrodni. Wyłączyła komputer i siedziała przez jakiś czas w ciemnościach.

            Starała się odpędzić od siebie najgorsze myśli, które przychodziły jej wtedy do głowy. Ze wszystkich sił próbowała myśleć pozytywnie. Na marne. W dodatku ten sen… Tabletki od doktora Lectera powinny jeszcze działać, pomyślała. Po chwili wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem w pokoju. Denerwowała się. Znała Jessicę od najmłodszych lat i traktowała ją jak siostrę. Chodziły od samego początku ze sobą do klasy, potem razem aplikowały na tę samą uczelnię. Były nierozłączne aż do momentu, kiedy Jessica poznała swojego nowego chłopaka. Po tym jej kontakt z Camille ograniczył się tylko do witania się codziennie rano przed zajęciami. Jaime, bo tak miał na imię jej chłopak, był o dwa lata od niej starszy. Od razu wprowadził ją w grono swoich znajomych, przyszłych lekarzy. Zaślepiona dziewczyna nie widziała świata poza nim. Na nic się zdały rozmowy z przyjaciółką, która próbowała jej przemówić do rozsądku.

            Dwa tygodnie temu pierwszy raz się pokłóciły.
            — Jess, ty nie widzisz nikogo innego! — krzyczała Camille. — Jeśli myślisz, że możesz tak po prostu zniknąć z mojego życia, to się mylisz! Byłyśmy jak siostry, a teraz? Nawet nie masz czasu porozmawiać ze mną między wykładami. Jaime to, Jaime tamto… — przedrzeźniała przyjaciółkę.

            — Boże, ale ty jesteś ograniczona! — Jessica odpowiedziała atakiem na atak. — Nadal jesteśmy przyjaciółkami, tylko ty po prostu nie możesz zrozumieć, że ktoś może być ważniejszy od ciebie! Zresztą nie chcę słuchać tych bzdur, mam dość.

            — I kto to mówi...

            — To nie mój problem, tylko twój — burknęła rozwścieczona. — Całe życie unikasz kontaktu z ludźmi, a szczególnie mężczyznami. Wyjdź do ludzi, poznaj kogoś, ciesz się życiem! 

            — Nie przychodź do mnie, kiedy ten twój chłoptaś cię oleje…

            — Nie martw się, nie przyjdę.
           
Od tego momentu nie odzywały się do siebie. Camille ominęła kwestię kłótni przy rozmowie z matką przyjaciółki. Teraz, kiedy jej przyjaciółce mogło stać się coś złego, miała do siebie żal, że była tak bardzo niewyrozumiała. W końcu to jej pierwszy prawdziwy chłopak. Wiedziała też, że Jess miała rację. Powiedziała jej to prosto w twarz. Nieważne jak bardzo zabolały ją te słowa, były prawdziwe. Przez całe swoje życie Camille unikała kontaktu z ludźmi. Nie była duszą towarzystwa. Kiedy dostawała zaproszenia na różne imprezy, zawsze udawała, że choruje albo wyjeżdża akurat tego samego dnia. W czasie wolnym od szkoły najczęściej czytała w swoim pokoju lub grała na pianinie. Najlepiej czuła się, gdy była sama, a jedyną osobą, na której widok naprawdę się cieszyła, była właśnie jej przyjaciółka. Jessica przychodziła do niej i razem oglądały filmy, gotowały, przy okazji dużo plotkując. Wspierały się w najtrudniejszych chwilach. Na samą myśl, że mogła nie zobaczyć już więcej swojej najlepszej przyjaciółki, łzy napłynęły jej do oczu. 

W pewnym momencie ze złością kopnęła w róg stołu, na którym stał wazon z białymi różami. Naczynie zachwiało się, po czym spadło na podłogę, roztrzaskując się na małe kawałeczki. Ułamek szkła zranił ją w stopę.
— Szlag by to… — syknęła, starając się zatamować krew wypływającą z rany na nodze. 

Usiadła na podłodze, upewniając się przed tym, że nie trafi na żaden element z pozostałości wazonu. Patrzyła bez wyrazu jak gęsta czerwona ciecz powoli miesza się z wodą, która rozlała się pod stolikiem. Kwiaty, które były jednymi z ulubionych jej matki, leżały teraz bezwładnie w mieszaninie wody i krwi. Podobnie jak ciało mamy w moim śnie.

Camille skuliła się i bezradnie oparła głowę na kolanach. Nie mogła nic zrobić, żeby pomóc przyjaciółce. Tak jak we śnie – do pewnego momentu mogę jedynie obserwować to, co się dzieje. Pozostała jej tylko nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Najgorszym wrogiem był czas. Czas, który musiała znieść, czekając na jakiekolwiek wieści o Jessice.

*
Przepraszam za takie opóźnienie. Wyjechałam, ale nie pomyślałam, żeby zabrać ze sobą laptopa, więc nie miałam możliwości go opublikować. Postaram się na dniach skończyć rozdział trzeci, ale nie mam pojęcia, kiedy zostanie dodany.
Rozdział drugi zbetowała Francesca (informacja) :)